Minimalizm - czas start!

Żyjemy w czasach, w których zawsze trzeba mieć więcej.

Więcej kurtek, zamiast jednej, a porządnej. Więcej nowych znajomych – kosztem trwałych przyjaźni. Więcej nieistotnych informacji w miejsce tych, które naprawdę są dla nas ważne. Więcej zadań na liście do zrobienia, które tylko odciągają nas od pierwszorzędnych celów. Więcej wiadomości na czacie, które są jedynie nieudolną namiastką prawdziwej rozmowy.

Temat minimalizmu poruszany jest najczęściej w kontekście rzeczy materialnych. A przecież minimalizm sam w sobie to pojęcie dużo szersze. Często w końcu bywa tak, że chociaż wokół siebie mamy porządek, to nasze życie jest istnym bałaganem! Czas to zmienić.


1. Zastanów się, jak spędzasz czas i pozbądź się bezcelowych czynności.

Poświęć kilka dni na zapisywaniu każdej czynności, którą wykonujesz. Owszem, jest to bardzo absorbujące, ale zdziwisz się, jak wiele czasu nieświadomie marnujesz na rzeczy, które są absolutnie zbędne. Być może codziennie poświęcasz 10 minut na przeglądanie i usuwanie spamu? Zainstaluj program, który automatycznie odrzuci wszystkie niechciane wiadomości. Znalezienie odpowiedniego pliku na twoim zagraconym komputerze przypomina szukanie igły w stogu siana? Zrób porządek w folderach. A może codziennie rano włączasz żelazko, bo po praniu Twoje ciuchy wędrują prosto do szafy? Pomyśl, ile tracisz na tym czasu.  Rozłóż deskę do prasowania. Podłącz żelazko. Poczekaj aż się rozgrzeje. Wyprasuj bluzkę. Odłącz żelazko. Poczekaj aż wystygnie. Złóż deskę. Odłóż wszystko na swoje miejsce. A czy nie wygodniej byłoby znaleźć chwilę w weekend i urządzić wielkie prasowanie? Nie dość, że zaoszczędzisz czas na składaniu i rozkładaniu ekwipunku, to pozbędziesz się ryzyka przypalenia ulubionej sukienki w porannym pośpiechu ;)

2. Pozbądź się rzeczy, których nie używasz.

Niby wszędzie o tym się teraz słyszy, ale jakoś ciężko się naprawdę za to zabrać, prawda? Skąd ja to znam… Ale koniec z odwlekaniem. Po pierwsze - zrób listę rzeczy, których już dawno chciałeś się pozbyć, ale nigdy nie było na to czasu. Zastanów się, które z nich możesz sprzedać. Niepotrzebne meble zalegające na strychu, nieudane prezenty, ciuchy, które już na Ciebie nie pasują – wszystko to może znaleźć nowego właściciela, który chętnie odkupi je za cenę niższą niż na sklepowej półce. Na olx.pl (lub innych tego typu serwisach) większość ogłoszeń można publikować za darmo, więc poza kilkoma minutami przeznaczonymi na zrobienie zdjęcia i wstawienie go na stronę, nic nie tracisz. Używane ubrania możesz też oddać potrzebującym. W większości miast regularnie przeprowadzane są akcje zbiórki tekstyliów, które przekazywane są później biednym rodzinom. Nie dość, że pozbywasz się problemu, to jeszcze masz świadomość, że pomagasz. Dwie pieczenie na jednym ogniu ;)

3. Zorganizuj swoją przestrzeń.

Aby wszystko mogło być na swoim miejscu, najpierw wszystko musi mieć swoje miejsce. Zrób porządek w szufladach, szafie i biurku. Zorganizuj miejsce do pracy i zaplanuj kącik na odpoczynek. Posegreguj wszystko według kategorii – niech firmowe faktury nie przeplatają się z rysunkami otrzymanymi w prezencie od siostrzeńca. W segregacji bardzo pomocne mogą okazać się różnego rodzaju koszyczki, pudełka i pojemniki. Mnóstwo tego typu produktów znajdziemy w Ikei, a miłośnicy taniej organizacji powinni zajrzeć do sklepów typu „Wszystko za 2 zł” – tam również można znaleźć ciekawe propozycje. Nie przetrzymuj też dokumentów, które mają swój odpowiednik w  wersji elektronicznej. Zaoszczędzi to dużo miejsca, a znalezienie pliku w komputerze jest często dużo łatwiejsze od przekopywania się przez stertę papierów.

A kiedy wszystko będzie już miało przypisane stanowisko, pilnuj porządku. Odkładaj rzeczy na miejsce i  od czasu do czasu organizuj generalne sprzątanie. Nawet jeśli wydaje Ci się, że na co dzień utrzymujesz porządek i nie ma czego segregować, małe rupiecie wkradną się niepostrzeżenie.

4. Nie kupuj niczego pochopnie

Impulsywne zakupy to przekleństwo. Szczególnie dla osób niecierpliwych, do których z całą pewnością się zaliczam. Kiedy wchodzę do sklepu i coś mi się spodoba – muszę to mieć. Serio, MUSZĘ. Nie za tydzień, nie jutro - teraz. (Pewnie dlatego tak nie lubię zakupów przez Internet – trzeba czekać!) Łatwo więc się domyśleć, jak jeszcze niedawno wyglądała moja szafa – niby pełna po brzegi, a założyć na siebie nie było co. Owszem, większość ubrań mi się podobała, ale ciężko było dobrać poszczególne części garderoby tak, żeby cały outfit tworzył spójną całość. Jeśli nie gryzły się kolory, to fasony kompletnie do siebie nie pasowały - lub odwrotnie.

W pokonaniu mojej skłonności do nieprzemyślanych zakupów pomogło mi wprowadzenie zasady, zgodnie z którą każdą napotkaną na zakupach rzecz, jaka wpadnie mi w oko, mogę kupić dopiero po tygodniu. Jeśli po tym czasie mój zapał i pragnienie jej posiadania nie ostygną – oznacza to, że naprawdę warto ją kupić. Jak się domyślacie, z większości tych produktów rezygnuję, co potwierdza założenie, że były to jedynie chwilowe zachcianki.


Chociaż nie zasługuję na miano pełnoprawnej minimalistki, wprowadzenie tych kilku zasad bardzo pomogło mi w odgruzowaniu mojego życia. Teraz mam nie tylko więcej miejsca wokół siebie, ale też większą kontrolę nad swoim czasem. Potrafię oddzielić to, co jest dla mnie ważne, od spraw bardziej błahych; rzeczy, które naprawdę chcę, od tych, których tylko chwilowo pragnę. I dobrze mi z tym! A Wy jesteście zwolennikami minimalizmu, czy może nie daliście się porwać temu nurtowi? Dajcie znać!

Poradnik rannego ptaszka

Kilka miesięcy temu dostałam pierwszą pracę. Pierwszą „prawdziwą” - bezpośrednio związaną z kierunkiem moich studiów. Możecie więc wyobrazić sobie, jaki bezmiar szczęścia mnie wtedy ogarnął, biorąc pod uwagę fakt, że jestem dopiero na II roku studiów dziennych. Kiedy więc dostałam telefon z informacją o przyjęciu, mój błogostan sięgnął zenitu. Rozpoczynam nowe życie!

Ten stan utrzymywał się do poniedziałku, godziny 5 rano. Bo gdy zadzwonił budzik do pracy, okazało się, że w nowym życiu wczesne wstawanie nadal jest dla mnie niewiarygodnie twardym orzechem do zgryzienia.



Pierwsze tygodnie zamieniły się w krwawą bitwą między możliwością zdobywania doświadczenia a ciepłym, wygodnym łóżkiem. Sytuację pogarszał fakt, że była to już późna jesień, a perspektywa walki z deszczem o świcie nie napawała optymizmem. Na szczęście w tej nierównej walce praca zwyciężyła, jednak stało się jasne, że problem wczesnego wstawania będzie trzeba jakoś rozwiązać. Metodą prób i błędów wypracowałam własny rytuał, kilka złotych zasad, które pomogły mi stać się prawdziwym skowronkiem, a którymi dzielę się z Wami poniżej. Dziś wstaję o 5 bez najmniejszego problemu, czasem nawet kilka minut przed budzikiem. Skoro ja mogłam, Ty też możesz – może warto postawić przed sobą wiosenne wyzwanie?

Przesuń swój dobowy rytm

Może to brzmi nieco banalnie, ale bez tego ani rusz. Jako że teraz muszę godzić pracę ze studiami, zdarzało mi się po całym dniu w biurze zarywać noc, by przygotować się do zajęć na uczelni i wiecie co? Nigdy nie wychodziło mi to na dobre. Cały dzień chodziłam półprzytomna i rozdrażniona, a o jakimkolwiek skupieniu nie było nawet mowy. Nauczyło to mnie, że cokolwiek mam do zrobienia, muszę zrobić to do 21.30. O tej godzinie zamykam laptopa i rozpoczynam swój wieczorny rytuał. Zapalam świece, biorę gorącą kąpiel, spędzam czas z chłopakiem. W normalne dni kładę się spać 22-22.30, kiedyś to było nie do pomyślenia. Tak samo jak nie było do pomyślenia, że mogłabym codziennie wstawać o 5…

Zrezygnuj z drzemek w ciągu dnia

Zanim nowa sytuacja zmusiła mnie do zmiany przyzwyczajeń, uwielbiałam ucinać sobie popołudniowe drzemki. Choć zazwyczaj kładłam się z myślą, że za 15 minut wstanę, najczęściej przedłużały się one do godziny lub nawet dłużej, przez co popołudniami błąkałam się ospała, by wieczorem znów w pełni się rozbudzić. Nic dziwnego, że o 22 nie chciało mi się spać, skoro kilka godzin wcześniej dostarczyłam organizmowi sporą dawkę snu. Dzisiaj, jeśli poczuję się zmęczona, jem kwaśne jabłko, lub wybieram się na krótki spacer. Orzeźwienie na kilka godzin gwarantowane, a dzięki temu wieczorem zasypiam jak dziecko po długim dniu.

Nie jedz 2 godziny przed snem

Pamiętasz jak w dzieciństwie mama zawsze powtarzała, żebyś nie objadał się przed snem, bo przyśnią Ci się koszmary? Cóż, miała rację. Może nie dosłownie, ale racją jest, że z pełnym żołądkiem się nie wyśpisz. Organizm zamiast odpoczywać i regenerować siły na nowy dzień, będzie musiał trawić wieczorne żarełko. Obudzisz się ciężki, i nim wstaniesz z łóżka, już będziesz czuł się zmęczony. To chyba nie brzmi jak początek dobrego dnia?

Zacznij dzień wodą z cytryną

Wystarczy łyk tego napoju, by zmobilizować organizm i rozbudzić zmysły. Kwaśny smak postawi na nogi nawet najgorszego śpiocha, a witamina C zawarta w cytrynie skutecznie podniesie odporność. Nie mówiąc już o podkręceniu metabolizmu. Każdego wieczoru przygotowuję sobie tą miksturę i stawiam na nocnym stoliku, bym mogła po nią sięgnąć rano, zanim jeszcze wstanę z łóżka. Z taką dawką orzeźwienia opuszczenie łóżka to czysta formalność ;)

Nie pozwól sobie nacisnąć drzemki!

Nie wiem, kto wymyślił opcję drzemki w alarmach, ale na pewno nie był to nikt mądry. Kiedy dzwoni budzik, a Ty jesteś brutalnie i bez pardonu wyrwany z błogich snów o szybkiej przejażdżce najnowszym Ferrari, nic dziwnego, że perspektywa pozostania w tym stanie jeszcze kilka minut wydaje się cudownym pomysłem. Ale pamiętaj, że jaki poranek, taki cały dzień, więc jeśli rano odkładasz wstanie z łóżka jak najdłużej, by później biegać po domu, stresując się, że nie zdążysz i cicho kląć w złości na samego siebie, nie spodziewaj się zbyt produktywnej reszty dnia.
Dlatego walcz z lenistwem i staw czoło cichym diabełkom skrytym w samym sercu Twojego łóżka.

Zmień nastawienie

Znacznie trudniej jest zmobilizować się do wstania, kiedy z góry zakładasz, że czeka Cię istna katorga. Zacznij postrzegać poranek jako chwilę dla siebie, czas, kiedy możesz w ciszy i spokoju napić się kawy, poczytać i nastawić pozytywnie na resztę dnia. Z takim nastawieniem dużo łatwiej będzie Ci zwlec się z łóżka.

To metody, które u mnie zdziałały cuda, ale niekoniecznie wszystko musi sprawdzić się u Ciebie. Jeśli chcesz wyrobić nawyk wczesnego rozpoczynania dnia, metodą prób i błędów opracujesz swój własny rytm. A może należysz już do rannych ptaszków i masz jakieś inne wskazówki? Koniecznie daj znać w komentarzu! :)



Dlaczego stoisz w miejscu?

Kiedy ludzie podchodzą do tworzenia nowych planów, czują się tak, jakby wszystkie super moce tego świata spłynęły na nich jak manna na Izraelitów. Przepełnieni pewnością, że wszystko się uda, a cały wszechświat sprzymierzy się, by im pomóc , zapominają o jednej bardzo ważnej rzeczy – że ich realizacja będzie wymagała dużo wysiłku. I samodyscypliny. I samozaparcia. Bo kiedy pojawia się pierwsza przeszkoda – ta, o której na początku myślało się, że przeskoczy się ją z zamkniętymi oczami, zdecydowana większość rezygnuje i wielkie plany szlag trafia. I w sumie to dobrze. Bo gdyby wszystko wszystkim się udawało, to osiągnięcie narzuconych sobie celów nie przynosiłoby takiej satysfakcji. A tak przynajmniej świat dzieli się na tych, którym brakuje jaj do zrealizowania pomysłów i tych, którym (prawie) zawsze się to udaje.

Jest też trzecia grupa, choć zdecydowanie mniej liczna – ci, którzy chcieliby, żeby się udało, ale nie za bardzo wiedzą jak to zrobić. Dlaczego tak się dzieje? Co robię źle? Jak to naprawić? To pytania, które często pozostają bez odpowiedzi. W tym poście może uda mi się na nie odpowiedzieć.


1. Oczekujesz zmian, nic nie zmieniając.

Albert Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest oczekiwanie nowych rezultatów, robiąc w kółko jedno i to samo. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, prawda? A jednak ogromna większość nas, dwudziestolatków XXI wieku, usilnie próbuje obalić tą teorię. Bezskutecznie. Bo czy konsekwentnie waląc głową w mur sprawisz, że ściana pęknie? Albo spędzając wieczór na oglądaniu motywacyjnych filmików lub instagramowych profili zawierających w swojej nazwie słowo fit, spowodujesz, że Twoja pupa nabierze kształtów dojrzałego arbuza?
Jeśli chcesz, żeby cokolwiek w Twoim życiu się zmieniło, w większości przypadków musisz zmienić wszystko. Wyzwać na pojedynek swoje lenistwo, lęki i całą masę uciążliwych przyzwyczajeń, które będą o sobie przypominać na każdym kroku Twojej nowej wędrówki. Grunt, to im nie ulec.

2. Oczekujesz NATYCHMIASTOWYCH wyników.

Załóżmy, że pierwszy punkt zrealizowałeś. W końcu ruszyłeś tyłek z kanapy i podjąłeś działanie, śmiało wkraczając poza sferę komfortu. Kilka dni dajesz z siebie wszystko, zupełnie jakby ktoś przypiął Ci motorek do pewnej części ciała. Wstajesz rano z nastawieniem, jakiego nie powstydziłby się nawet Steve Jobs , a wszyscy wokół zastanawiają się, czego, do cholery, się najadłeś. Mija jeden dzień, drugi, piąty, a po tygodniu krwawej walki, z satysfakcją wypisaną na twarzy, siadasz do podsumowania efektów. Spodziewasz się spektakularnego progresu – w końcu tak ciężko pracowałeś – a tymczasem rezultaty są… znikome! Fuck. To właśnie ten moment, kiedy motywacja w jednej sekundzie spada do zera, a jedynym racjonalnym wyjściem z tej sytuacji wydaje się kapitulacja, zawieszenie broni. Bo po co kontynuować coś, co nie przynosi spodziewanych wyników?
To, czego nie jesteś świadomy, to że za tym pierwszym, najtrudniejszym zwątpieniem, zaczyna się prawdziwa zabawa. Tuż za rogiem znajduje się magiczne miejsce, gdzie widać pierwsze zmiany, a inwestycje zaczynają procentować. Sukces jest zarezerwowany dla tych, którzy cierpliwie i z pokorą na nie czekają. Bo wiedzą, że wkrótce to nastąpi.

3. Nie przyznajesz się do winy.

Kiedy coś się nie udaje, trudno samemu przed sobą przyznać się do winy. Przecież na pewno poszłabyś biegać, gdyby tylko pogoda była nieco lepsza! No i z całą pewnością przygotowałbyś się do tego egzaminu lepiej, gdyby znajomi nie wyciągnęli Cię wieczorem na miasto! Przez nich oblałeś!
A prawda jest taka, że to Twoje życie i Twoje wybory. I tylko Ty jesteś za nie odpowiedzialny, nikt inny. I nie chodzi tu o psychiczne katowanie się i doprowadzanie do mentalnego doła. Sęk w tym, że jeśli nie zauważysz swoich błędów, nie dasz sobie możliwości wyciągnięcia z nich odpowiednich wniosków.
Jeśli wybierasz kino, zamiast wieczornego zakuwania, to nie oczekuj dobrych wyników. Jeśli zamiast zdrowej kolacji, wpakowałeś w siebie 5 kawałków pizzy, to nie dlatego, że ktoś wepchał Ci je do ust, ale dlatego, że tak właśnie zdecydowałeś.

4. Boisz się prosić o pomoc.

Cofnijmy się do czasów podstawówki.  Właśnie przerabiacie nowy rozdział z matematyki i wypada Twoja kolej na podejście do tablicy. Ułamki to dla Ciebie czarna magia, ale wychodzisz na środek sali pewnym krokiem, bo wiesz, że obok Ciebie stoi nauczycielka, czekająca w gotowości, by wytłumaczyć Ci wszystko jeszcze raz, krok po kroku. Nie musisz prosić o pomoc, ona po prostu się pojawia. Parę minut i wracasz do ławki z rozwiązanym zadaniem i rozwiązanym problemem.
Tak samo było w przypadku nauki chodzenia, mówienia, czy jedzenia nożem i widelcem.

Od najmłodszych lat kształtowało się w nas przekonanie, że wsparcie to coś oczywistego, coś, co przychodzi w odpowiednim momencie, by nakierować nas na właściwe tory. I tak było - do pewnego momentu. Kiedy jednak przekraczasz pierwsze progi dorosłości, zostajesz brutalnie i bez pardonu okradziony z tego przywileju. I nie jest to problemem samym w sobie. Problem w tym, że takie wychowanie pozbawiło nas to kluczowej umiejętności, jaką jest proszenie o pomoc. I w Twoim interesie jest, by się jej nauczyć, bo są sytuacje, których bez pomocy nie przeskoczysz – utkniesz w labiryncie przeszkód, bez możliwości wyjścia.

Życie jest pełne trudności i wyzwań, z którymi borykają się nawet najbardziej wytrwali zawodnicy i zdarza się, że przegrywają. W życiu jednak chodzi o to, by nawet po największej porażce wstać, otrzepać się i pójść naprzód.  I wyciągnąć z nich konstruktywne wnioski.

Kiedy odejść?

Człowiek z natury jest istotą uczuciową. Czytamy tanie romansidła dołączone do tygodników wypełnionych po brzegi przepisami na szczęśliwy związek. Wyłapujemy chwytające za serce historie opowiadane przez znajomych, zdobiąc je kolorowymi kredkami. Dziesiątki razy oglądamy jedną i tą samą komedię romantyczną, w której dwójka głównych bohaterów po burzliwych perypetiach odpływa na jednorożcu w stronę zachodzącego słońca. W takich filmach im więcej złego działo się na początku, tym koniec jest bardziej spektakularny. Przecież grunt to szczęśliwe zakończenie.



Tylko że życie to nie film.

W prawdziwym życiu faceci nie tak szybko uczą się na błędach, a kobiety nie bywają tak wyrozumiałe. Wszyscy mamy złe przyzwyczajenia, tendencję do niepoprawnych zachowań i całą resztę nawyków odbierających nam tuziny szans na udany związek. Na stronach ulubionej noweli takie problemy rozwiązują się same, bo przecież tytułowa Hania tytułowemu Markowi jest w stanie wybaczyć wszystko, dopóki ma poczucie, że ten ją kocha. Poza ekranem też to działa. Wybaczasz raz, drugi, a nawet trzeci. Przesuwasz czerwoną linię coraz dalej, aż w końcu coś w Tobie pęka. Bo ile można?

Odejść jest ciężko, wiem coś o tym. Już sama myśl o byciu singlem z reguły przyprawia o dreszcze. Puste mieszkanie, samotne wieczory, ponure poranki - te myśli zdecydowanie nie sprzyjają podjęciu decyzji o odejściu. Jedno jest jednak pewne, im szybciej uwolnisz się od nieudanego związku, tym szybciej staniesz na nogach i zaczniesz budować swoje szczęście na nowo. Poniżej znajdziecie listę znaków, świadczących o tym, że nie ma już czego między Wami ratować.

1. Brak zaufania

Kiedy związek kwitnie, miłość, bezpieczeństwo i spokojna stagnacja są czymś oczywistym – to zasługa pełnego zaufania. Kiedy jednak zostaje ono nadszarpnięte, lub w gorszych przypadkach – całkowicie zniszczone, podejrzenia biorą górę. Zaczynasz snuć czarne scenariusze, wszędzie dopatrujesz się choć cienia zdrady, a każde niewinne zachowanie traktujesz jak zbrodnię przeciw Waszemu związkowi. Aż w końcu dostaniesz świra.

2. Uszczęśliwiacie wszystkich dookoła, ale nie siebie nawzajem

Kiedy jesteście w towarzystwie, Twój luby wydaje się być „na ranę przyłóż”. To prawdziwa oaza spokoju, cierpliwości i dobrej rady. Koleżanka potrzebuje pomocy przy przeprowadzce? Nie ma sprawy, od razu zgłasza się na ochotnika. Kolega planuje remont? Jeszcze dziś pojedzie z nim wybrać farby do salonu. Kiedy jednak wraca do domu, jego pomocna strona nagle zostaje uśpiona. Nie przeszkadzają mu Twoje niekończące się prośby o naprawienie szafki w kuchni. Wybierasz się na większe zakupy i potrzebujesz podwózki? „Jestem zmęczony, weź taksę”. A jeśli by się nad tym szczerze zastanowić, Ty postępujesz dokładnie tak samo.

3. Małe sprzeczki, wielkie kłótnie

Pamiętasz czasy, kiedy Wasze małe nawyki i dziwne przyzwyczajenia przyprawiały Was o  niekontrolowane ataki śmiechu? Nie dość, że je tolerowaliście, to jeszcze wszystko potrafiliście obrócić w żart. Dziś te same zachowania prowadzą do kłótni. Wystarczy jedno niewinne przewinienie, drobna iskierka, by doprowadzić do awantury. Nieświadomie prowokujecie kłótnie, których z każdym dniem jest coraz więcej i więcej, aż stają się one jedyną formą komunikacji między Wami.

4. Nie tworzycie już teamu

By związek przetrwał, oboje musicie celować do jednej bramki. Musicie tworzyć silną, nierozerwalną drużynę. Kiedy zaczynasz czuć, że każde z Was gra już tylko „na swoje konto”, możesz być pewna, że nie ma czego ratować. Wspólne cele i pasje to klej dla związku, dlatego kiedy Wasze plany zaczynają biec w zupełnie różnych kierunkach, nie dziwne, że wszystko się sypie. Bo każdy potrzebuje wsparcia, dopingu i motywacji ze strony drugiej połówki, a nie doświadczysz żadnej z tych rzeczy ze strony osoby, której obojętne są Twoje dylematy.

Zakończyć związek, który miał trwać wiecznie, jest ciężko. Jednocześnie jednak, jest to początek czegoś nowego, dużo bardziej ekscytującego. Odchodząc, robisz w swoim życiu miejsce dla osoby, która szuka kogoś dokładnie takiego, jak Ty. Dla kogoś, kto zaakceptuje wszystkie Twoje wady, kto z chęcią będzie dzielił z Tobą wszystkie radości i smutki, kto pokaże Ci, jak powinien wyglądać prawdziwy, szczęśliwy związek. Dlatego nie oglądaj się wstecz i zrób krok w stronę wspaniałej przyszłości. I zrób to dla siebie.

Jak w pełni wykorzystać weekend?

Wreszcie weekend! 2 dni, na które z utęsknieniem czekasz cały tydzień. Nic dziwnego. Od tych krótkich dni właśnie zależy, jak przygotujesz się do wyzwań nadchodzącego tygodnia. Oto kilka sposobów, które pomogą Ci w pełni naładować baterie!



1. Nie przesadzaj ze spaniem.
Jasnym jest, że po kilku nieprzespanych nocach, weekend kojarzy się z jednym - z możliwością nadrobienia sennych braków. Nie daj się jednak zwieść! Wszyscy musimy odpocząć, ale zbyt długie spanie nic tu nie wskóra, a wręcz przeciwnie – po długim śnie będziesz czuł się jeszcze bardziej zmęczony, a rozleniwienie nie opuści Cię cały dzień.

2. Pozostań offline!
W dzisiejszych czasach, kiedy naszym życiem kierują komputery i nowinki technologiczne, bardzo ważne jest, aby co jakiś czas pozwolić sobie na pełne „wylogowanie”. I nie, nie mówię tylko o facebook’u. Obiecaj sobie, że jeden dzień w tygodniu nie włączysz komputera. Ani tableta. I pozostaniesz najdalej, jak tylko się da od telefonu. Może zamiast tego przeczytasz wreszcie jakąś książkę? Dla odmiany tą prawdziwą, z papieru…

3. Spędzaj czas z ludźmi, których kochasz.
W codziennym zabieganiu i natłoku obowiązków bardzo łatwo zapomnieć o najważniejszym. Weekend to świetna okazja, aby to nadrobić. Wybierz się na długi, jesienny spacer z drugą połówką, umów się na kawę z dawno nie widzianym przyjacielem, zadzwoń do mamy - pomyśl jak rzadko to robisz, a przecież ten drobny gest tak bardzo ją ucieszy! I nie rób tego z poczucia obowiązku, czy przymusu. Rób to z zadowoleniem, a uwierz mi – uśmiech pojawi się nie tylko na Twojej twarzy!

4. Zwróć uwagę na to, co jesz.
Dziś nie spieszysz się na rozmowę z szefem. Ani na podpisanie umowy. Wykorzystaj ten fakt i przykuj uwagę do tego, co znajduje się na Twoim talerzu. Może po codziennych a’la obiadach w Mc Donald’s-ach i innych Burger King-ach, warto byłoby zaserwować żołądkowi coś ciepłego, pysznego i zdrowego? Twój brzuch na pewno będzie Ci bardzo wdzięczny!

5. Rozwijaj swoje pasje!
Nieważne, czy lubisz śpiewać, jeździć na rowerze, czy uczyć się chińskiego. Robienie tego, co kochasz, polepszy Twoje samopoczucie i da porządnego kopa na przyszły tydzień!

6. Uporządkuj swoje otoczenie!
Nie możesz nigdzie znaleźć ładowarki? Cóż, pewnie leży gdzieś w szafce, przygnieciona milionem nikomu niepotrzebnych drobiazgów. Jeśli z mijającego tygodnia zostało Ci jeszcze choć trochę energii, warto zainwestować ją w sprzątanie. W czystym otoczeniu dużo przyjemniej spędza się czas, a produktywność wzrasta kilkakrotnie!

A jakie są Wasze sposoby na wyciągnięcie z weekendu tego, co najlepsze?

Cechy kobiety sukcesu

Wszyscy doskonale znamy ideał współczesnej kobiety. Świetnie zorganizowana, skutecznie realizująca swoje cele bizneswoman z perfekcyjnie pomalowanymi paznokciami i fryzurą, jakiej nie powstydziłaby się nawet Taylor Swift. Do tego rewelacyjna sylwetka (bo przecież codziennie trenuje z Chodakowską) i zawsze czyste, zadbane mieszkanie. Ona wie, czego chce i jak zamierza to osiągnąć. Potrafi zauroczyć wszystkich wokół i nawet nie wiesz, co Cię do niej przyciąga, po prostu tak jest. Przy niej aura sukcesu unosi się w powietrzu, a spojrzenie mówi wyraźnie: ja tu rządzę! To do niej zwracają się ludzie, którzy szukają odpowiedzi. Taka kobieta posiada jeszcze jedną bardzo ważną cechę, bez której nigdy zaszłaby tak daleko.

Pewność siebie. I o tym dzisiaj porozmawiamy.



Gdyby przyjrzeć się kobietom kroczącym przez życie pewnym krokiem, zauważymy kilka wspólnych mianowników. Zupełnie tak, jakby istniał niepisany dekalog, którego kobiety te rygorystyczne przestrzegają.

A co by było gdyby…

Są ludzie, którzy bez końca rozważają słuszność podjętych decyzji.
Może jednak powinnam była go posłuchać? A co, gdybym wybrała inne rozwiązanie? Nie wiem, czy słusznie postąpiłam. Chyba lepiej bym na tym wyszła, gdyby…
I tak dalej, i tak dalej. Co się stało, to się nie odstanie, a zastanawianie się nad nieaktualnymi opcjami to jedynie strata czasu.
Słyszałaś kiedyś nutę zwątpienia z ust pewnej siebie kobiety? Ja też nie. Ona szanuje swoje decyzje i usilnie się ich trzyma. I choćby całe stado rozwścieczonych owiec pędziło wprost na nią, ona nie zmieni swojego kierunku, bo doskonale wie, że prędzej czy później osiągnie to, co sobie założyła. A nawet jeśli tym razem jej się to nie uda, ona i tak niczego nie żałuje. Wyciąga wnioski i idzie dalej mądrzejsza o nowe doświadczenie.

Najpierw ja, później Ty

Aby być najlepszą wersją siebie, trzeba najpierw być dla siebie najlepszym. Dlatego tak ważne jest stawianie własnych potrzeb na pierwszym miejscu. Jest już późna noc, a Ty dalej w biurze z pustym żołądkiem?  Padasz z nóg, ale koleżanka poprosiła o pomoc przy nowym projekcie? Skończ z tym. Prawdopodobnie i tak nikt Ci za to nie podziękuje. Udowodnisz jedynie, że śmiało można Cię wykorzystywać.
Zajmij się sobą, odpocznij, spędź trochę czasu z rodziną. Okazując szacunek samej sobie, dajesz innym do zrozumienia, że tego właśnie oczekujesz. A poza tym, pewna siebie kobieta nie szuka aprobaty u innych. Ona wie, że jest świetną babką i nie potrzebuje na to dowodów. Nie chodzi mi o to, by odmawiać każdej pomocy. Po prostu zastanów się, czy masz na tyle dużo wolnego czasu, by dać go w prezencie komuś innemu.

Błąd to nie porażka

Droga do sukcesu usłana jest tysiącami wyzwań, dlatego nierealne jest, aby krocząc nią nie zrobić żadnego błędu. Pewna siebie kobieta dobrze o tym wie i nie załamuje się za każdym razem, gdy podwinie jej się noga. Wręcz przeciwnie. Z każdej takiej sytuacji wyciska to, co najlepsze, by w przyszłości taka pomyłka nie miała więcej miejsca. Dzięki temu szybko powraca do formy i dalej pędzi jak burza.

Kobiety-petardy doskonale wiedzą, że wszystko ma swoje miejsce i swoją równowagę. Lubią ćwiczyć i robią to często, ale świat się nie kończy, jeśli opuszczą jeden trening. Do każdego swojego projektu podchodzą z zapałem i precyzją, ale kiedy oczy zaczynają szczypać od monitora, biorą dzień wolny. Odżywiają się zdrowo, ale od czasu do czasu pozwolą sobie na tort czekoladowy. I co najważniejsze, podążają swoją drogą i nic nie jest w stanie tego zmienić.

Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/

Dlaczego warto mieć siostrę?

Siostra potrafi być prawdziwym wrzodem na tyłku. Zwłaszcza, jeśli jest od Ciebie starsza. Nie dość, że musisz dzielić z nią sypialnię, to jeszcze prosto w twarz powie Ci, że wyglądasz jak świnia, kiedy przybędzie Ci kilka kilogramów extra. A w końcu usłyszeć coś takiego to nic przyjemnego, szczególnie, jeśli jest to szczera prawda. Na domiar złego wszystkie wąsate ciotki na każdej rodzinnej imprezie skutecznie przypominają Ci, że do Twojej kochanej siostrzyczki będącej prawdziwym wzorem do naśladowania sporo Ci brakuje i na nic Twoje usilne starania. Już zawsze będziesz niedoskonałą wersją idealnej starszej siostry.
Ale jedno jest pewne. Żadna siła na tym świecie nie sprawi, że ona odwróci się od Ciebie. Poniżej znajdziesz kilka dowodów na to, że będąc „tą młodszą”, jesteś ogromną szczęściarą.
.

1. Prywatny doradca

Kiedy życie skopie Ci tyłek i wyraźnie daje do zrozumienia, że stoisz na przegranej pozycji, a łzy same ciekną z oczu, warto zwrócić się problemem do kogoś zaufanego. Do kogoś, kto zawsze chce dla Ciebie jak najlepiej. Siostra zna Cię przecież od dziecka. Już jako zasmarkany kajtek biegłaś do niej z prośbą o radę. Doskonale wie zarówno o Twoich mocnych stronach, jak i słabościach. O Twoich wstydliwych sekretach i najskrytszych marzeniach. I co najważniejsze, możesz być pewna, że tej wiedzy nigdy nie obróci przeciwko Tobie. Jeśli więc coś Cię trapi, kupujesz dobre whisky, odpalasz samochód i pędzisz do niej po dobrą radę. Nawet jeśli jest druga w nocy.

2. Każda kłótnia kiedyś przemija

Kiedy mieszkasz z kimś pod jednym dachem, powodów do kłótni są całe miliony. Szczególnie, jeśli mowa tu o Twojej siostrze. Bo Ty spodziewasz się gościa, a ona rzuci na samym środku pokoju swoje brudne skarpetki. Bo Ty chcesz oglądać „Pierwszą miłość”, a ona przełącza na „Jaka to melodia?”. I tak w kółko. Jak nie jeden problem, to drugi. I w końcu nadchodzi dzień, kiedy nerwy puszczają i zwykła, codzienna kłótnia rośnie do rangi III wojny światowej. Talerze rozbijają się o ściany, pies w strachu o własne życie ucieka pod szafę, a w powietrzu unosi się zapach tak wyszukanych wyzwisk, jakich świat jeszcze nie słyszał. Aż w końcu któraś z Was powie o to jedno słowo za dużo. Ałć.
To zazwyczaj ten moment, w którym większość przyjaźni kończy się z impetem. Ale nie ta. Bo czy chcesz, czy nie, ona zawsze będzie Twoją siostrą. I nawet jeśli teraz jej nienawidzisz, to koniec końców, i tak kiedyś Ci przejdzie.

3. Najpiękniejsze wspomnienia

Kiedy dorastasz, wszystko się zmienia. Trawa już nie jest tak zielona, święta nie są takie odświętne, zima nie taka mroźna i wakacje nie takie beztroskie. Dlatego tak często wracasz do czasów, kiedy byłaś dzieckiem. Oczami wspomnień odnajdujesz długie popołudnia spędzane na podwórku, zimowe szaleństwa na śniegu, niekończące się rowerowe wycieczki i niezliczone wywrotki na rolkach. Doskonale pamiętasz pierwszy dzień w szkole, pierwszą miłość, pierwszy pocałunek. I jeśli by się nad tym zastanowić, to wszystkie te wspomnienia łączy jeden wspólny mianownik: Twoja siostra. To ona wyciągała Cię na rowerowe eskapady. To z nią spędzałaś dłużące się wakacyjne dni . Ona odprowadziła Cię pierwszego dnia do szkoły i ona pocieszała Cię, kiedy pierwszy chłopak okazał się wielką porażką.

4. Najlepsza przyjaciółka

Nawet jeśli ośmieszysz się przed milionową publicznością i ludzie zaczną rzucać w Ciebie jajkami, ona zawsze stanie po Twojej stronie. Chłopak zostawił Cię dla koleżanki? Zapewne jutro na jego samochodzie zabłyśnie ogromna rysa skrupulatnie wyryta kluczykiem. Wpadłaś w tarapaty finansowe? Jeden telefon i już masz bezprocentową pożyczkę. Byłyście przyjaciółkami odkąd pamiętasz. I czy masz osiem, czy osiemdziesiąt lat – nic nie jest w stanie tego nie zmienić.

Tak, siostra potrafi być irytująca. Złościsz się, wściekasz i miotasz śmiertelnymi groźbami. Ale w głębi duszy doskonale wiesz, że nie zamieniłabyś jej na nic innego. Więc weź telefon do ręki wybierz jej numer i podziękuj za to, że jest. I zrób to teraz.

Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/